W świetle „Reflektora”

Reflektor działa już osiem lat”, jak czytamy na stronie czasopisma, zakładam więc, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Ale gdyby należało to jednak uczynić, najlepiej chyba zacytować znów słowa redaktorów, stanowiące deklarację subiektywizmu, niezależności intelektualnej i szacunku dla autorskich opinii: „Nic nie musimy – wszystko możemy”. Przypomina mi to nieco hasło, z jakim, przeciwstawiając się dyktatowi gustów konsumenckich, debiutowało wydawnictwo Karakter:Wydajemy, co się nam podoba”. Zarozumiałość? Protekcjonalność? Nonszalancja? Tak się może komuś zdawać, ale przecież z tych oświadczeń nie wynika właściwie nic ponad to, że kultura jest przestrzenią wolności.

Ze swej wolności „Reflektor” skorzystał ostatnio w ten sposób, że dość przekornie (bo bardzo konsekwentnie) poświęcił całe wydanie tematom spod znaku „mini” oraz „mikro-”, rejestrując zjawiska ledwie dostrzegalne w przestrzeni kultury. Znalazły się wśród nich: refleksja nad rosnącą popularnością mikrodawkowania substancji psychodelicznych; twórczość Anny Karasińskiej, realizującej ideę mikro-teatru (spektakl dokonuje się przy użyciu minimalnych środków wyrazu, jak zmiany w mimice, dyskretne ruchy); refleksja nad ciałem przez pryzmat biotechnologii oraz biologii molekularnej; wielkie obrazy miejskich społeczności, odmalowane przez zbiory drobnych danych, jakie docierają do nas ze świata technologii informacyjnych (tzw. Big Data); minimalizm w nowoczesnej kuchni etc etc. Nie wymienię wszystkich poruszanych w numerze tematów i wątków, od tego jest wszakże spis treści.

Fot. Marta Mróz. Cop. "Reflektor"
Fot. Marta Mróz. Cop. „Reflektor”

Czytaj dalej

Reklamy

In touch

Trochę ponad rok temu po raz pierwszy zetknęłam się z „Kontaktem”. Pamiętam, że wówczas rozmawiałam przy niedzielnym, rodzinnym obiedzie o stanie współczesnych czasopism kulturalnych, o ich wartościach, podobnych wizjach i kształtach, o centrujących, bezpiecznych poglądach. Właściwie „Kontakt” w cudowny sposób wpadł mi w oczy, by zmienić kształt takiej-jak-zwykle dyskusji. W magazynie tym jest bowiem coś, co przyciąga, jakaś autentyczność i wiara we własne zdanie. Redakcja buntuje się przeciwko uprawianiu retoryki brzmiącej: „wszystko, co katolickie, jest prawicowe”, ucieka do teorii filozoficznych, socjologicznych; jest to pismo opiniotwórcze i w pełni zaangażowane. 

„Kontakt” mieści w sobie dwie formuły, po pierwsze jest to magazyn papierowy, a po drugie to sieciowy dwutygodnik katolewicy społecznej. Redaktorzy zaznaczają, że pismo ma podnieść świadomość wykluczenia społecznego i edukacyjnego, ubóstwo, problem bezdomności, a głównej inspiracji mentalnej redaktorzy poszukują w źródłach chrześcijaństwa. Mimo stosunkowo krótkiej tradycji, magazyn zdążył wypracować własną ideę i koncepcję na różnych płaszczyznach. Jedną z nich jest także dystans do spraw ważnych, ważniejszych i ostatecznych. Magazyn sieciowy podzielony został na działy: Wiara, KatolewKultura, Poza Europą, Krajoznawczy, Obywatel, Fotografika. Foto i grafika, chciałoby się sprostować – bardzo obficie ilustrowana strona przyciąga uwagę odbiorcy, wszak o wygląd owych spraw ważnych dbają nie tylko autorzy tekstów, ale też graficy; oto jak o ich pracy wypowiada się redakcja:

Dbamy o artystyczny wymiar naszego przedsięwzięcia, uważając grafików i ilustratorów za współtwórców „Kontaktu”, a nie naszych podwykonawców. Ich prace nieraz pełniej wyrażają to, co chcielibyśmy powiedzieć, niż nasze teksty. Czujemy się przede wszystkim nie tyle redakcją, ile środowiskiem, zachęcamy więc do czytania „Kontaktu”, wspierania go i podejmowania z nim współpracy.

Justyna Krzywicka "Chciwośc miasta"
Justyna Krzywicka Chciwość miasta, w: „Kontakt” 

Czytaj dalej

Literacki kontent

Piątek wieczór, byłam na premierze. Nie wychodząc z domu.

6 października w Krakowie zespół redakcyjny niedawno powstałego kwartalnika „Kontent” prezentował drugi (lipiec-wrzesień 2017) numer periodyku, który miejmy nadzieję nie będzie efemerydą, utrzyma się dłużej. Formułuję to życzenie, bo mamy szansę dowiedzieć się, co tworzą i myślą o tej twórczości młodsi autorzy i autorki. Łamy czasopisma zostały bowiem skolonizowane przede wszystkim przez roczniki 80. i 90.

Okładka zaleca się do czytelnika bielą i czernią, taka jest zresztą koncepcja graficzna całego składu, by pozostawić dużo światła: minimalistycznie, surowo lub skromnie (trudno mi orzec, za czym świadomie się opowiedziała autorka opracowania Aleksandra Ćwikowska). Na okładce oczko nazwisk, które układają się, można by to tak zobaczyć, w wieżę (Babel). W środku zaś znajdziemy więcej nazwisk autorów niż wyrzucone na pierwszy ogląd czytelniczy 21. Pomysł na prezentację kolejnych tekstów jest, chciałoby się rzec, oczywisty: skoro przedstawiamy zestawy wierszy i opowiadań, to faktycznie je przedstawmy, to znaczy opowiedzmy też o nich. I rzeczywiście pod każdym zestawem czy pojedynczym utworem – dotyczy to wierszy z rubryki onewierszstandy – otrzymujemy krytyczny komentarz.

Różnie redakcje podchodzą do zagadnienia, jak tworzyć czasopismo. Bywa, że sama publikacja utworów, nie opatrzona dodatkowym odsłowiem, wystarcza. Za deklarację starczyć ma wybór, selekcja nazwisk i utworów. Zamieszczone recenzje i szkice, ale już odnoszące się do innych tekstów, stanowią pole krytycznej wypowiedzi, formułowania stanowisk, i w ten sposób tworzą kontekst dla artystycznych prezentacji. Dialog organizowany jest więc na linii redaktorzy – czytelnik. W „Kontencie” dialog jest już wpisany w czasopismo, odbywa się dośrodkowo, ale właśnie ten ruch tym mocniej inicjuje odśrodkową relację z czytelniczkami (tak, tak, doceniam genderowy gest osób piszących komentarze, w których tradycyjną figurę czytelnika zastępują nastawioną na zmianę komunikacyjnego paradygmatu figurą czytelniczki) – poznajemy teksty, dowiadujemy się, co o nich myślą inni i uruchamia się w nas polemiczny zapał.

Kontent_2_2017
Okładka numeru 2/2017 kwartalnika „Kontent”

Numer jest obszerny. Redaktorzy wybierać musieli – jak ujął to Mikołaj  Borkowski – z „fantastycznie licznego naboru”. Można na kilka sposobów czytać określenie fantastyczny – jako wyraz docenienia wysiłków towarzyszących tworzeniu pierwszego numeru, który na tyle się spodobał, że poszła fama wśród piszących i teraz każdy chciałby się znaleźć w „Kontencie”, ale też jako radość z wysokiego poziomu spływających tekstów, stąd jego pojemność, trudno bowiem było zrezygnować z wielu propozycji. Ocenę tego, co ostatecznie otrzymujemy, pozostawiam czytelniczkom, ja podzielę się opinią, że nawet cieszy ta obfitość – raz na trzy miesiące (jeśli redakcja utrzyma kwartalny rytm wydawniczy) dostaję do ręki, czyli na komputer (czasopismo jest dostępne w różnych formatach i dzięki temu wystarczyło, że pobrałam PDF, nie musiałam jechać do Krakowa), przegląd tego, co dziś piszą młodzi.

Być może dałoby się pociągnąć analogię z tym, co dzieje się w świecie seriali; nowych tytułów nie brakuje, scenarzyści zaskakują pomysłami, trudno nadążyć za tym urodzajem, wybiera się więc rzeczy polecane, a czasem czyni własne odkrycia, w każdym razie oglądalność utrzymuje się na wysokim poziomie. Czyż z produkcją literacką nie jest podobnie? Liczba piszących i chcących publikować nie maleje, teraz tylko czekać, aż czytalność będzie równie wysoka co oglądalność.

Nowa, trzydziestopięcioletnia, tanio

Nie trzeba chyba dziś nikogo przekonywać, że fantastyka w najróżniejszych odmianach zadomowiła się we współczesnej kulturze w stopniu wcześniej niespotykanym. Pewne typy twórczości, czy może należałoby powiedzieć: wytwórstwa w obszarze kultury – jak na przykład produkcje wyświetlane w wielkich sieciach kin – są wręcz przez szeroko pojętą fantastykę absolutnie zdominowane. Zarazem jednak istnieją pewne „dyscypliny” artystyczne bardzo na nią odporne. O ile mi wiadomo, nie powstaje zbyt wiele wierszy czy poematów fantasy albo science-fiction. Można oczywiście sięgnąć do głębokich korzeni gatunku, gdzie nieprawdopodobne bogactwo form cudowności odnajdziemy w każdym niemal poemacie rycerskim, eposie etc. Ale my jesteśmy fantastami XXI wieku, a oni przemawiają wyłącznie (albo niemal wyłącznie) językiem prozy. Przynajmniej w sferze literackiej.

Fantastyka, jak wiadomo, uwielbia opasłe tomiszcza niekończących się opowieści, w które można „zapadać” na długie godziny i zapominać o bożym świecie. (Nie bez przyczyny Artur C. Clark nazwał Władcę pierścieni Tolkiena eskapizmem w najlepszym wydaniu – ‘escapist fiction at its finest’). Ale pewne jej działy, a w szczególności science fiction, lubują się także w krótkich, niekiedy wręcz miniaturowych formach.

Nowa Fantastyka 10/2017
Nowa Fantastyka 10/2017

Czytaj dalej

Konwencjonalne dorosłości

Tekst Joanny Kiedrzyńskiej  opatrzony tytułem: „Cześć, nie ma mnie. Jak znikają pisarki nominowane do Nike”, opublikowany pod datą 5 września 2017 w dziale Dom Kultury magazynu idei „Nowe Peryferie”,  mógłby zapowiadać historie niczym z thrillera albo horroru – ktoś (nam) piszące anihiluje.

Horror vacui – zaiste jest się czego bać. Kiedrzyńska bowiem pisze o tym, że w problematycznej niedoreprezentacji kobiet w życiu literackim (które rzecz jasna odzwierciedla to, co ogólnie dzieje się w życiu społecznym) mamy do czynienia z jeszcze jednym kłopotem. Co z tego, że wprowadzono kobiety piszące do grona nominowanych – i skupia się autorka w swojej analizie na nagrodzie literackiej Nike – skoro ich narracje są takie „jakby autorki chciały nas zapewnić, że nic się nie stało i świat, w tym światek literacki, może postępować z nimi po staremu.”. Co ma na myśli, pisząc po staremu, odkrywamy już w leadzie, czytając:

Upubliczniona, wydawana i wyróżniana twórczość kobiet może wcale nie służyć mocnej kobiecej ekspresji i przełamywaniu nierówności, lecz przeciwnie – reprodukować strategie podporządkowania i wycofania, chroniące przed mówieniem głośno o doświadczeniu przemocy, i podtrzymywać stylistyczną uległość wobec mainstreamowych gustów.

Czytaj dalej

Dwie minuty czytania

„Dwutygodnik” jest wydawany przez Narodowy Instytut Audiowizualny i fakt ten ma wpływ na kształt oraz treść czasopisma: to, że narodziło się ono i żyje wyłącznie w cyberprzestrzeni, to, że zajmuje się, prócz literatury, kinem, teatrem, muzyką etc., ale przede wszystkim to, że wychodzi poza tradycyjne formy przekazu.

W przypadku większości czasopism kulturalnych ich czytelnik, bez względu na to, czy ma do czynienia z recenzją powieści czy relacją z koncertu, obcuje wyłącznie z tekstem. Dwutygodnik oferuje o wiele, więcej. Tekstom towarzyszą materiały filmowe, dźwiękowe, interaktywne. Niekiedy na przykład tekst i film stanowią nierozerwalną całość, musimy mieć przed oczami jedno i drugie, żeby pojąć istotę rzeczy. Marek Bieńczyk w tekście Powolność: wiosło, łyżka czyni z tytułowego zagadnienia problem filozoficzny. Jego myśl krąży jednak wciąż wokół kilkunastosekundowego fragmentu filmowego – klucza do tej niezwykłej medytacji. Przedstawia on grupę Indian w canoe, wiosłujących pod przewodnictwem uskrzydlonej postaci, która stoi na dziobie i nadaje załodze rytm. Refleksje Bieńczyka stanowią zapis doświadczenia patrzenia, oglądania, owładnięcia przez obraz w rytmicznym ruchu. Są zarazem próbą opowiedzenia tego filmu na nowo, rodzajem remediacji i ekfrazy jednocześnie. W takiej formie jest to całość możliwa do pomyślenia jedynie w przestrzeni czasopisma internetowego.

Fot. "Dwutygodnik" (219) 09/2017
Fot. „Dwutygodnik” (219) 09/2017

Czytaj dalej

Skanowanie i poezja

Nowe odsłony poezji tworzonej dzisiaj wyprzedzają tekst pomyślany jako twór jednostkowy, samodzielny. Dzisiaj poezja koresponduje, obraca się w kręgach dotąd niespotkanych, nawiązuje do narzędzi IT, wykorzystuje wiele płaszczyzn, tworzy eksperymenty w zapisie, angażuje różne zmysły. Próbkę takich eksperymentów znajdziemy w nowym numerze „Rita Baum” (43/2017).

Wrocławskie pismo „Rita Baum” działa już od 1998 roku, podejmuje tematykę szeroko pojętego postmodernizmu. Znaleźć tutaj można artykuły filozoficzne, antropologiczne, feministyczne, ale również wiele nowinek literackich. W najnowszym numerze pisma „Rita Baum” opublikowano wiersze m.in. Dominika Żyburtowicza, Samanthy Kitsch i bardzo interesujące utwory Romana Bromboszcza. Autor ten izoluje poszczególne litery słowa, bawi się rytmem i znaczeniem, ale to w zasadzie początek gry. Obok wierszy umieszczone zostały kody QR. Biało-czarne kratki o różnym układzie wstępnie mówią odbiorcy tylko tyle, że są ważne, i że w tym miejscu należy przełamać schematy czytania poezji i sięgnąć po… smartfon. Odbiorca nie wie, co dokładnie nadawca przed nim ukrył, jaką tajemnicę kryje ten alfanumeryczny kod.

Okładka "Rita Baum" 43/2017
Okładka „Rita Baum” 43/2017

Czytaj dalej