Na Piśmie

Miło jest pisać o każdym piśmie, które stoi na tak wysokim poziomie, jak „Pismo”. Redaktorzy periodyku definiują swoje wspólne dzieło tymi słowy:

Pismo. Magazyn opinii to miesięcznik, który łączy w sobie fakt, literaturę, obraz oraz humor. Poruszamy w nim istotne tematy społeczne, ekonomiczne, naukowe, technologiczne, kulturalne i polityczne.”

Nieco dalej twórcy magazynu odżegnują się od wszelkich powiązań politycznych czy partyjnych. I rzeczywiście – nie jest to pusta deklaracja. Twórcom i redaktorom udaje się rzadka sztuka: trudno po lekturze stwierdzić, do jakiej opcji im bliżej, po której stronie jest „Pismo”. Najwyraźniej po stronie kultury, po prostu. Przyjemne wytchnienie od atmosfery sporu i tematów tych-samych-co-wszędzie. Dodałbym tylko, że nie oznacza to wcale oddalenia publikowanych tekstów od naszej rzeczywistości. Polityka bywa w nich zresztą obecna, ale nie w formule zorientowanej na lokalne spory, urabiającej ideologicznie. Analizy polityczne pozwalają tu na oddech, spojrzenie z dystansu, sięgnięcie po odległe konteksty kulturowe i historyczne. Przykład stanowi ciekawy artykuł o polskiej biurokracji System robienia gościa na miękko.

Cop. by „Pismo” - rysunek HANNA PYRZYŃSKA
Cop. by „Pismo” – rysunek HANNA PYRZYŃSKA

Czytaj dalej

Reklamy

N jak Notes

Ważność nowego ,,Notesu Na 6 Tygodni” – nr 115 (2017) – upływa 14 stycznia 2018 roku. Jeśli ktoś żachnąłby się na słowo „ważność” w tym kontekście, mogę tylko odpowiedzieć, że notes, jak sama nazwa czasopisma wskazuje, jest na sześć tygodni. Spieszmy się więc go czytać, bo za następne sześć będzie zupełnie nowy.

To oczywiście tylko niemądre żarty. Notes, o którym mowa, nie może mieć daty ważności, ponieważ nie jest, na szczęście, katalogiem artykułów spożywczych albo gazetką Lidla. Jest jednak równie łatwo dostępny. Po pierwsze, wychodzi w liczbie 3000 bezpłatnych egzemplarzy. Po drugie, można go czytać także w formie pdf, ściągnąć na czytnik – wszystko to oczywiście również za darmo.

NN6T informuje o najciekawszych i najnowszych zjawiskach w polskiej sztuce, architekturze, dizajnie i fotografii, ale także o ich funkcjonowaniu w społeczeństwie. A ściślej, jak ujmuje to redakcja: ,,Interesują nas konsekwencje społeczne działań podejmowanych przez artystów, architektów i projektantów. ‘NN6T’ ma charakter popularyzatorski – łączy eksperckie zaangażowanie z podejściem ciekawskich amatorów i entuzjastów”. Twórcy czasopisma robią zatem wiele, by przybliżyć szeroko rozumianą sztukę ludziom, ale także by sprawdzić, co ludzie na to.

Pokażę może na przykładzie, w czym rzecz.

Okładka numeru "Notes na 6 tygodni" 115/2017
Okładka numeru „Notes na 6 tygodni” 115/2017

Czytaj dalej

Irena Tuwim (nie)odkryta

 „Układanie Wierszy i Piosenek to nie są rzeczy, które się łapie w powietrzu. To one cię łapią i wszystko, co można zrobić, to pójść tam, gdzie one mogłyby cię znaleźć” – trzeba zrobić wszystko, by literatura mogła nas odnaleźć, i by mógł odnaleźć nas Kubuś Puchatek. A ilu z nas odnalazło na kartach tej pięknej książki nazwisko Ireny Tuwim? Podobno w żadnym mieście w Polsce nie ma ulicy, która nosiłaby jej imię. Kubuś Puchatek jest obecny – i dobrze, ale co z jego tłumaczką? Dzięki Irenie Tuwim na gruncie polskim pojawiły się takie dzieła, jak: Mary Poppins, Szczęśliwy książę Wilde’a, bajki Tołstoja i baśnie braci Grimm. Kawał literatury dla dzieci. Oprócz wybitnych (!) tłumaczeń Tuwim zajmowała się poezją i prozą, która w międzywojniu spotkała się z dużym uznaniem. Gdzie zatem dzisiaj jest jej miejsce? Co zrobiła z autorką pamięć współczesnych?

Cały numer „Fabulariów” 2/2017 poświęcony został sylwetce Ireny Tuwim. W rozpoczynającym numer wywiadzie z biografką autorki, Anną Augustyniak, czytamy o cieniu, w którym znalazła się Irena. Julian Tuwim nie miał łatwego dzieciństwa, jego twarz pokrywała plama, odczytywana przez matkę, Adelę Tuwim, jako źródło nieszczęść syna. Zatem większa uwaga skupiała się na synu, na jego obawach, bolączkach i na wielkim talencie. Później to dzieci opiekowały się chorą matką, obawiając się o każdy jej ruch. 

Irena jednak w okresie XX-lecia międzywojennego była obecna, a zachwycali się nią m.in. Wittlin, Kleiner, Nałkowska, Słonimski, jednak już po wojnie pamięć o niej zniknęła, nikt już nie czytał jej wzruszających Łódzkich pór roku czy Rozmowy ze służącą.

Okładka numeru "Fabularie" 2/2017
Okładka numeru „Fabularie” 2/2017

Czytaj dalej

W świetle „Reflektora”

Reflektor działa już osiem lat”, jak czytamy na stronie czasopisma, zakładam więc, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Ale gdyby należało to jednak uczynić, najlepiej chyba zacytować znów słowa redaktorów, stanowiące deklarację subiektywizmu, niezależności intelektualnej i szacunku dla autorskich opinii: „Nic nie musimy – wszystko możemy”. Przypomina mi to nieco hasło, z jakim, przeciwstawiając się dyktatowi gustów konsumenckich, debiutowało wydawnictwo Karakter:Wydajemy, co się nam podoba”. Zarozumiałość? Protekcjonalność? Nonszalancja? Tak się może komuś zdawać, ale przecież z tych oświadczeń nie wynika właściwie nic ponad to, że kultura jest przestrzenią wolności.

Ze swej wolności „Reflektor” skorzystał ostatnio w ten sposób, że dość przekornie (bo bardzo konsekwentnie) poświęcił całe wydanie tematom spod znaku „mini” oraz „mikro-”, rejestrując zjawiska ledwie dostrzegalne w przestrzeni kultury. Znalazły się wśród nich: refleksja nad rosnącą popularnością mikrodawkowania substancji psychodelicznych; twórczość Anny Karasińskiej, realizującej ideę mikro-teatru (spektakl dokonuje się przy użyciu minimalnych środków wyrazu, jak zmiany w mimice, dyskretne ruchy); refleksja nad ciałem przez pryzmat biotechnologii oraz biologii molekularnej; wielkie obrazy miejskich społeczności, odmalowane przez zbiory drobnych danych, jakie docierają do nas ze świata technologii informacyjnych (tzw. Big Data); minimalizm w nowoczesnej kuchni etc etc. Nie wymienię wszystkich poruszanych w numerze tematów i wątków, od tego jest wszakże spis treści.

Fot. Marta Mróz. Cop. "Reflektor"
Fot. Marta Mróz. Cop. „Reflektor”

Czytaj dalej

In touch

Trochę ponad rok temu po raz pierwszy zetknęłam się z „Kontaktem”. Pamiętam, że wówczas rozmawiałam przy niedzielnym, rodzinnym obiedzie o stanie współczesnych czasopism kulturalnych, o ich wartościach, podobnych wizjach i kształtach, o centrujących, bezpiecznych poglądach. Właściwie „Kontakt” w cudowny sposób wpadł mi w oczy, by zmienić kształt takiej-jak-zwykle dyskusji. W magazynie tym jest bowiem coś, co przyciąga, jakaś autentyczność i wiara we własne zdanie. Redakcja buntuje się przeciwko uprawianiu retoryki brzmiącej: „wszystko, co katolickie, jest prawicowe”, ucieka do teorii filozoficznych, socjologicznych; jest to pismo opiniotwórcze i w pełni zaangażowane. 

„Kontakt” mieści w sobie dwie formuły, po pierwsze jest to magazyn papierowy, a po drugie to sieciowy dwutygodnik katolewicy społecznej. Redaktorzy zaznaczają, że pismo ma podnieść świadomość wykluczenia społecznego i edukacyjnego, ubóstwo, problem bezdomności, a głównej inspiracji mentalnej redaktorzy poszukują w źródłach chrześcijaństwa. Mimo stosunkowo krótkiej tradycji, magazyn zdążył wypracować własną ideę i koncepcję na różnych płaszczyznach. Jedną z nich jest także dystans do spraw ważnych, ważniejszych i ostatecznych. Magazyn sieciowy podzielony został na działy: Wiara, KatolewKultura, Poza Europą, Krajoznawczy, Obywatel, Fotografika. Foto i grafika, chciałoby się sprostować – bardzo obficie ilustrowana strona przyciąga uwagę odbiorcy, wszak o wygląd owych spraw ważnych dbają nie tylko autorzy tekstów, ale też graficy; oto jak o ich pracy wypowiada się redakcja:

Dbamy o artystyczny wymiar naszego przedsięwzięcia, uważając grafików i ilustratorów za współtwórców „Kontaktu”, a nie naszych podwykonawców. Ich prace nieraz pełniej wyrażają to, co chcielibyśmy powiedzieć, niż nasze teksty. Czujemy się przede wszystkim nie tyle redakcją, ile środowiskiem, zachęcamy więc do czytania „Kontaktu”, wspierania go i podejmowania z nim współpracy.

Justyna Krzywicka "Chciwośc miasta"
Justyna Krzywicka Chciwość miasta, w: „Kontakt” 

Czytaj dalej

Literacki kontent

Piątek wieczór, byłam na premierze. Nie wychodząc z domu.

6 października w Krakowie zespół redakcyjny niedawno powstałego kwartalnika „Kontent” prezentował drugi (lipiec-wrzesień 2017) numer periodyku, który miejmy nadzieję nie będzie efemerydą, utrzyma się dłużej. Formułuję to życzenie, bo mamy szansę dowiedzieć się, co tworzą i myślą o tej twórczości młodsi autorzy i autorki. Łamy czasopisma zostały bowiem skolonizowane przede wszystkim przez roczniki 80. i 90.

Okładka zaleca się do czytelnika bielą i czernią, taka jest zresztą koncepcja graficzna całego składu, by pozostawić dużo światła: minimalistycznie, surowo lub skromnie (trudno mi orzec, za czym świadomie się opowiedziała autorka opracowania Aleksandra Ćwikowska). Na okładce oczko nazwisk, które układają się, można by to tak zobaczyć, w wieżę (Babel). W środku zaś znajdziemy więcej nazwisk autorów niż wyrzucone na pierwszy ogląd czytelniczy 21. Pomysł na prezentację kolejnych tekstów jest, chciałoby się rzec, oczywisty: skoro przedstawiamy zestawy wierszy i opowiadań, to faktycznie je przedstawmy, to znaczy opowiedzmy też o nich. I rzeczywiście pod każdym zestawem czy pojedynczym utworem – dotyczy to wierszy z rubryki onewierszstandy – otrzymujemy krytyczny komentarz.

Różnie redakcje podchodzą do zagadnienia, jak tworzyć czasopismo. Bywa, że sama publikacja utworów, nie opatrzona dodatkowym odsłowiem, wystarcza. Za deklarację starczyć ma wybór, selekcja nazwisk i utworów. Zamieszczone recenzje i szkice, ale już odnoszące się do innych tekstów, stanowią pole krytycznej wypowiedzi, formułowania stanowisk, i w ten sposób tworzą kontekst dla artystycznych prezentacji. Dialog organizowany jest więc na linii redaktorzy – czytelnik. W „Kontencie” dialog jest już wpisany w czasopismo, odbywa się dośrodkowo, ale właśnie ten ruch tym mocniej inicjuje odśrodkową relację z czytelniczkami (tak, tak, doceniam genderowy gest osób piszących komentarze, w których tradycyjną figurę czytelnika zastępują nastawioną na zmianę komunikacyjnego paradygmatu figurą czytelniczki) – poznajemy teksty, dowiadujemy się, co o nich myślą inni i uruchamia się w nas polemiczny zapał.

Kontent_2_2017
Okładka numeru 2/2017 kwartalnika „Kontent”

Numer jest obszerny. Redaktorzy wybierać musieli – jak ujął to Mikołaj  Borkowski – z „fantastycznie licznego naboru”. Można na kilka sposobów czytać określenie fantastyczny – jako wyraz docenienia wysiłków towarzyszących tworzeniu pierwszego numeru, który na tyle się spodobał, że poszła fama wśród piszących i teraz każdy chciałby się znaleźć w „Kontencie”, ale też jako radość z wysokiego poziomu spływających tekstów, stąd jego pojemność, trudno bowiem było zrezygnować z wielu propozycji. Ocenę tego, co ostatecznie otrzymujemy, pozostawiam czytelniczkom, ja podzielę się opinią, że nawet cieszy ta obfitość – raz na trzy miesiące (jeśli redakcja utrzyma kwartalny rytm wydawniczy) dostaję do ręki, czyli na komputer (czasopismo jest dostępne w różnych formatach i dzięki temu wystarczyło, że pobrałam PDF, nie musiałam jechać do Krakowa), przegląd tego, co dziś piszą młodzi.

Być może dałoby się pociągnąć analogię z tym, co dzieje się w świecie seriali; nowych tytułów nie brakuje, scenarzyści zaskakują pomysłami, trudno nadążyć za tym urodzajem, wybiera się więc rzeczy polecane, a czasem czyni własne odkrycia, w każdym razie oglądalność utrzymuje się na wysokim poziomie. Czyż z produkcją literacką nie jest podobnie? Liczba piszących i chcących publikować nie maleje, teraz tylko czekać, aż czytalność będzie równie wysoka co oglądalność.

Nowa, trzydziestopięcioletnia, tanio

Nie trzeba chyba dziś nikogo przekonywać, że fantastyka w najróżniejszych odmianach zadomowiła się we współczesnej kulturze w stopniu wcześniej niespotykanym. Pewne typy twórczości, czy może należałoby powiedzieć: wytwórstwa w obszarze kultury – jak na przykład produkcje wyświetlane w wielkich sieciach kin – są wręcz przez szeroko pojętą fantastykę absolutnie zdominowane. Zarazem jednak istnieją pewne „dyscypliny” artystyczne bardzo na nią odporne. O ile mi wiadomo, nie powstaje zbyt wiele wierszy czy poematów fantasy albo science-fiction. Można oczywiście sięgnąć do głębokich korzeni gatunku, gdzie nieprawdopodobne bogactwo form cudowności odnajdziemy w każdym niemal poemacie rycerskim, eposie etc. Ale my jesteśmy fantastami XXI wieku, a oni przemawiają wyłącznie (albo niemal wyłącznie) językiem prozy. Przynajmniej w sferze literackiej.

Fantastyka, jak wiadomo, uwielbia opasłe tomiszcza niekończących się opowieści, w które można „zapadać” na długie godziny i zapominać o bożym świecie. (Nie bez przyczyny Artur C. Clark nazwał Władcę pierścieni Tolkiena eskapizmem w najlepszym wydaniu – ‘escapist fiction at its finest’). Ale pewne jej działy, a w szczególności science fiction, lubują się także w krótkich, niekiedy wręcz miniaturowych formach.

Nowa Fantastyka 10/2017
Nowa Fantastyka 10/2017

Czytaj dalej