W przestrzeni sztuki

Nie przepadam za psychologią w jej popularnym wydaniu, tzn. za entuzjastycznymi tekstami w rodzaju: „poznaj swój typ osobowości i stań się najlepszą wersją siebie!”, „gołębioterapia – to działa”. Lub w bardziej minorowym tonie: „5 cech charakteru, które mogą przyciągać choroby weneryczne”.

Żarty na bok. W ten sposób, pielęgnując uprzedzenia i folgując idiosynkrazjom, można bardzo łatwo przegapić coś wartościowego.

Z kpiarskim grymasem (nikt mi wprawdzie zdjęcia nie zrobił, ale dam głowę, że tak właśnie było) zacząłem ostatnio czytać artykuł o poliamorii w popularno-psychologicznym – i tu już jestem z góry nieprzychylny – czasopiśmie „Przestrzeń”. Grymas stąd, że do zjawiska poliamorii jako obecnie modnego i alternatywnego wobec wyświechtanej „miłości dwojga” odnoszę się z rezerwą. Nie będę elaborował na temat jej powodów; dość powiedzieć, że duża część tekstów dotyczących poliamorii prawi o niej w sposób nieco infantylny, powierzchowny i nasycony ideologią, jakby nagle ktoś w Warszawie odkrył, że przecież można kochać inaczej niż w Romeo i Julii (a zresztą – można?). Tymczasem w „Przestrzeni”, ku miłemu zaskoczeniu, natrafiłem na tekst bardzo lekki w lekturze, ale sięgający głębiej, oświetlający to zjawisko z socjologicznej i – co ciekawe – historycznej perspektywy (Malwina Zielińska, Seksualne konstelacje – poliamoria). W ten oto sposób dowiedziałem się na przykład o tym, że najstarszy model rodziny alternatywnej, czyli ménage à trois, praktykował między innymi Wolter (wraz z małżeństwem markizów du Chatelet).

Ten literacki trop sprawił, że poszedłem za ciosem i odkryłem w „Przestrzeni” więcej interesujących terytoriów.

Okładka numeru "Przestrzeń" 25/2017
Okładka numeru „Przestrzeń” 25/2017

Czytaj dalej

Reklamy

W świetle „Reflektora”

Reflektor działa już osiem lat”, jak czytamy na stronie czasopisma, zakładam więc, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Ale gdyby należało to jednak uczynić, najlepiej chyba zacytować znów słowa redaktorów, stanowiące deklarację subiektywizmu, niezależności intelektualnej i szacunku dla autorskich opinii: „Nic nie musimy – wszystko możemy”. Przypomina mi to nieco hasło, z jakim, przeciwstawiając się dyktatowi gustów konsumenckich, debiutowało wydawnictwo Karakter:Wydajemy, co się nam podoba”. Zarozumiałość? Protekcjonalność? Nonszalancja? Tak się może komuś zdawać, ale przecież z tych oświadczeń nie wynika właściwie nic ponad to, że kultura jest przestrzenią wolności.

Ze swej wolności „Reflektor” skorzystał ostatnio w ten sposób, że dość przekornie (bo bardzo konsekwentnie) poświęcił całe wydanie tematom spod znaku „mini” oraz „mikro-”, rejestrując zjawiska ledwie dostrzegalne w przestrzeni kultury. Znalazły się wśród nich: refleksja nad rosnącą popularnością mikrodawkowania substancji psychodelicznych; twórczość Anny Karasińskiej, realizującej ideę mikro-teatru (spektakl dokonuje się przy użyciu minimalnych środków wyrazu, jak zmiany w mimice, dyskretne ruchy); refleksja nad ciałem przez pryzmat biotechnologii oraz biologii molekularnej; wielkie obrazy miejskich społeczności, odmalowane przez zbiory drobnych danych, jakie docierają do nas ze świata technologii informacyjnych (tzw. Big Data); minimalizm w nowoczesnej kuchni etc etc. Nie wymienię wszystkich poruszanych w numerze tematów i wątków, od tego jest wszakże spis treści.

Fot. Marta Mróz. Cop. "Reflektor"
Fot. Marta Mróz. Cop. „Reflektor”

Czytaj dalej

Ultra, czyli jak informować o kulturze

Czy informator kulturalny może być przyjemny w lekturze? To zależy zapewne od tego, w jaki sposób i o czym tak naprawdę informuje.

Każde większe miasto pragnie posiadać – tak mi się przynajmniej wydaje – solidny informator kulturalny, ukazujący jego potencjał, bogactwo wydarzeń i imprez, a zarazem zapewniający tym imprezom jakichś uczestników. Problem w tym, że solidnego informatora kulturalnego obecnie prawie nikt nie chce czytać.

Ultramaryna 9/2017
Ultramaryna 9/2017

 

Powód wydaje się trywialny. Jeśli na przykład zapragnę iść w niedzielę do kina, to sprawdzam repertuar na stronie kina – nic prostszego. Dlaczego miałbym się w tym celu przebijać przez kolumny ciasno zadrukowanego mikroskopijną czcionką bloku informacyjnego, zawierającego zresztą mnóstwo nieinteresujących mnie w najmniejszym stopniu „nowin”? Jak to zwykle w podobnych przypadkach bywa, lektura musi być ciekawa, dobrze napisana, materiał – atrakcyjny wizualnie…

Co innego, gdy informator staje się właściwie czasopismem kulturalno-społecznym. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku „Ultramaryny”.

Czytaj dalej

Nowa, trzydziestopięcioletnia, tanio

Nie trzeba chyba dziś nikogo przekonywać, że fantastyka w najróżniejszych odmianach zadomowiła się we współczesnej kulturze w stopniu wcześniej niespotykanym. Pewne typy twórczości, czy może należałoby powiedzieć: wytwórstwa w obszarze kultury – jak na przykład produkcje wyświetlane w wielkich sieciach kin – są wręcz przez szeroko pojętą fantastykę absolutnie zdominowane. Zarazem jednak istnieją pewne „dyscypliny” artystyczne bardzo na nią odporne. O ile mi wiadomo, nie powstaje zbyt wiele wierszy czy poematów fantasy albo science-fiction. Można oczywiście sięgnąć do głębokich korzeni gatunku, gdzie nieprawdopodobne bogactwo form cudowności odnajdziemy w każdym niemal poemacie rycerskim, eposie etc. Ale my jesteśmy fantastami XXI wieku, a oni przemawiają wyłącznie (albo niemal wyłącznie) językiem prozy. Przynajmniej w sferze literackiej.

Fantastyka, jak wiadomo, uwielbia opasłe tomiszcza niekończących się opowieści, w które można „zapadać” na długie godziny i zapominać o bożym świecie. (Nie bez przyczyny Artur C. Clark nazwał Władcę pierścieni Tolkiena eskapizmem w najlepszym wydaniu – ‘escapist fiction at its finest’). Ale pewne jej działy, a w szczególności science fiction, lubują się także w krótkich, niekiedy wręcz miniaturowych formach.

Nowa Fantastyka 10/2017
Nowa Fantastyka 10/2017

Czytaj dalej

Dwie minuty czytania

„Dwutygodnik” jest wydawany przez Narodowy Instytut Audiowizualny i fakt ten ma wpływ na kształt oraz treść czasopisma: to, że narodziło się ono i żyje wyłącznie w cyberprzestrzeni, to, że zajmuje się, prócz literatury, kinem, teatrem, muzyką etc., ale przede wszystkim to, że wychodzi poza tradycyjne formy przekazu.

W przypadku większości czasopism kulturalnych ich czytelnik, bez względu na to, czy ma do czynienia z recenzją powieści czy relacją z koncertu, obcuje wyłącznie z tekstem. Dwutygodnik oferuje o wiele, więcej. Tekstom towarzyszą materiały filmowe, dźwiękowe, interaktywne. Niekiedy na przykład tekst i film stanowią nierozerwalną całość, musimy mieć przed oczami jedno i drugie, żeby pojąć istotę rzeczy. Marek Bieńczyk w tekście Powolność: wiosło, łyżka czyni z tytułowego zagadnienia problem filozoficzny. Jego myśl krąży jednak wciąż wokół kilkunastosekundowego fragmentu filmowego – klucza do tej niezwykłej medytacji. Przedstawia on grupę Indian w canoe, wiosłujących pod przewodnictwem uskrzydlonej postaci, która stoi na dziobie i nadaje załodze rytm. Refleksje Bieńczyka stanowią zapis doświadczenia patrzenia, oglądania, owładnięcia przez obraz w rytmicznym ruchu. Są zarazem próbą opowiedzenia tego filmu na nowo, rodzajem remediacji i ekfrazy jednocześnie. W takiej formie jest to całość możliwa do pomyślenia jedynie w przestrzeni czasopisma internetowego.

Fot. "Dwutygodnik" (219) 09/2017
Fot. „Dwutygodnik” (219) 09/2017

Czytaj dalej

Między tekstami. „Inter-”

Internetowe czasopismo literackie „Inter-. Literatura-Krytyka-Kultura” ukazywało się początkowo jako półrocznik, teraz jest kwartalnikiem. To świetnie, bo każdy numer, przypominający objętościowo książkę, przynosi mnóstwo ciekawych materiałów.

Periodyk budują przede wszystkim toruńscy twórcy i badacze literatury. Redaktorem naczelnym jest Tomasz Dalasiński, poeta, prozaik, a także doktor nauk humanistycznych. Od początku swego istnienia pismo było silnie związane ze środowiskiem akademickim Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w szczególności Zakładem Polskiej Literatury Współczesnej oraz Kołem Badaczy Polskiej Literatury Najnowszej.

Wzorem wielu innych czasopism kulturalnych i literackich, „Inter-” obiera dla każdego numeru pewien temat, problem nadrzędny, eksplorowany szczególnie w pierwszej części. Wybór redaktorów pada na ciekawe tematy: Kobiece, Lęk(i), Kamp, (Nie)piękno, Nuda, Śniąco, Celebrytyzm.

Okładka numeru „Inter-” 3 (13) 2017
Okładka numeru „Inter-” 3 (13) 2017

Czytaj dalej

A teraz coś z zupełnie innej beczki…

Art-zin „Papier w Dole” (ten tytuł brzmi szczególnie ciekawie, gdy przeczytamy go głośno szybko) jest wydawany „przez Inicjatywę Poetycką o tej samej nazwie”. Wśród redaktorów znajdziemy między innymi nazwiska Zuzanny Ogorzewskiej, Jacka Żebrowskiego oraz Konrada Góry – pisarzy, poetów, dramaturgów młodego pokolenia.

To, jak różnorodne tematy i teksty pojawiają się na łamach „Papieru”, widać świetnie na przykładzie 3 numeru z 2014 roku. Znajdziemy tu rozważania wokół warszawskiego Marszu Niepodległości, relację z wernisażu wystawy w nowo otwartej we wnętrzu opuszczonych wrocławskich silosów Galerii Radykalna! (niesłychanie ciekawy projekt!), opowieść o słowackich Cyganach, krótkie opowiadania czy etiudy literackie, reportaże, a ponadto oczywiście wiersze, wiersze i jeszcze raz wiersze. We wszystkich tych tekstach rzuca się w oczy szczerość autorów, pełen energii i siły styl, nierzadko sięgający po wulgarność, tendencja do lekceważenia wymogów tzw. poprawności politycznej. Na tych łamach panuje wolność, od razu widać też, że mamy do czynienia z czasopismem zaangażowanym, skłonnym do kontestacji, anarchizującym.

Nie znaczy to, że redaktorów i autorów nie interesują tzw. „wielcy” twórcy czy powszechnie poruszane, dyskutowane problemy. Najnowszy, podwójny numer (4 i 5) „Papieru w dole” przybliża na przykład sylwetki dwóch artystów awangardowych XX wieku, których dzieli niemal wszystko poza jedną cechą: obaj odważyli się w imię sztuki – bez względu na cenę, jaką musieli za to ponieść – przekroczyć granice stawiane jej przez społeczeństwo. Pierwszą z tych postaci jest wybitny reżyser, ale także poeta, eseista, pisarz, twórca między innymi adaptacji Opowieści kanterberyjskich oraz słynnego, skandalicznego Salo inspirowanego 120 dniami Sodomy Markiza de Sade’a, Pier Paolo Pasolini. Drugą natomiast – Stanisław Swen Czachorowski, znakomity poeta, jak również aktor, animator życia kulturalnego, wokół którego zawiązała się tzw. grupa kobyłecka. Było to nieformalne zrzeszenie literatów, artystów, ludzi teatru oraz reprezentantów innych obszarów życia kulturalnego, spotykających się najczęściej w domu Stanisława Czachorowskiego w Kobyłce. Gościli tam między innymi Miron Białoszewski, Jerzy Ficowski, Wanda Chotomska czy Artur Sandauer.

Papier w Dole - okładka numeru 4-5 (2017)
Okładka numeru 4-5 (2017) „Papier w Dole”

Czytaj dalej